
Drogi Przyjacielu, umiłowany w Panu!
Jakiś czas temu miałam dzień trudnych przeżyć. Najpierw czytałam o losach ludzi w stalinowskiej Rosji, a później poznałam młodą osobę, cierpiącą w sytuacji, której, jak jej się zdaje, nie jest w stanie podołać. Trochę towarzyszyłam jej przez rozmowę.
Będąc jeszcze pod wrażeniem, jakim ciężarem może być życie bezradnego człowieka, "obejrzałam się" i na własne koleje losu...
Mówiłam Jezusowi, jakie uczucia wzbudziły we mnie doświadczenia tego dnia.
Na kanwie tej modlitwy- rozmowy zrodziły się te oto myśli:
Życie doczesne - to błąkanie w ciemnościach: i Boga nie widać, i się Go nie rozumie,
i się Go nie ma za najbliższą osobę (jak to miało być "na obraz i podobieństwo").
I tak obijają się o siebie ludzie, każdy - ślepy, głuchy i niemy na obecnego Boga, a stąd i na siebie, i na bliźniego.
I dlatego przenika wszystko lęk przed nieznanym: kolejną sekundą, godziną, dniem.
Tego lęku my nie odczuwamy. On wziął nas w posiadanie, kiedy zerwany został owoc zakazany.
Tak rozumiem, że Chrystus przyszedł, aby nam, pogrążonym w doczesnej niepewności, dać
zapewnienie.
O tym, że po tym udręczeniu czeka nas wieczna pewność.
Tam nie będziemy już ślepi, będziemy jedno z Bogiem, i dlatego nie będzie nigdy już zła przez człowieka czynionego.
On dał się poznać, więc wiemy, jaki jest Ojciec. Z takim Ojcem chcę się być na wieczność, jeśli zachowało się w człowieku serce.
Dlatego dał przykazanie - miłować. Nie mówił, że miłując, będziecie bez lęków, że nie będą was krzywdzić. Przykazał miłować, by zachować serce.
A grzechy On wziął na siebie. Żeby potem już od razu do Ojca mogliśmy iść.
I jeszcze, żebyśmy lepiej to poczuli, nazwał wieczność
domem - "jest mieszkań wiele", "idę przygotować wam miejsce".
Dom - to jest na ziemi dla człowieka konieczność, by zachować i rozwijać swoje człowieczeństwo.
I ta wieczność - to będzie Dom. Który nie będzie już miejscem schronienia, tylko miejscem miłowania. Moim Domem otwartym dla każdego.
No i pokazał jak to będziemy w Domu - zmartwychwstali, jak i On. Wszystko pokazał.
Za trochę lat niepewności i trudów, krzywd i błędów, przyjdzie wieczne życie.
Uświadomiłam sobie, jak jestem wykończona tą ziemską niepewnością i własną ślepotą...
A ta Nowina o wiecznym życiu w pewności samego Dobra taką napełnia mnie radością!
Niepewność się skończy, nieradzenie sobie się skończy, zło, którego nie chcę czynić, a czynię - się skończy.
Nie to jest do życia tu potrzebne, by radzić sobie, ale to by radować się w Nim:
jak On umiłował, jak wszystko zabezpieczył, jak przygotował, własnego Życia nie oszczędził, zmartwychwstały przyszedł do nas, żebyśmy nie byli niedowiarkami.
Jak na sam koniec:
"Potem wyprowadził ich ku Betanii i podniósłszy ręce błogosławił ich.A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba."Dlatego rozstał się, że już ta radość z tej pewności wieczności z Bogiem w nich się narodziła.
"Oni zaś oddali Mu pokłon i z wielką radością wrócili do Jerozolimy, gdzie stale przebywali w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga."I dla mnie ta
radość ma być tą świątynią, w której się stale przebywa, wielbiąc i błogosławiąc Boga.